piątek, 2 lipca 2010

Planowanie a pragnienie

Czytając artykuł o Zarządzaniu Czasem Mariusza Gołaszewskiego w najnowszym Business Coaching Magazine dochodzę do wniosku, że przeszedłem przez opisane tam III fazy zarządzania czasem i byłem też w IV a potem spadłem do III.

Dlaczego się tak stało?

Przeżyłem coś, co moja coach określiła jako rewolucję, a to co najbardziej pożądane dla umysłu (patrz Kaizen) to ewolucja. Rewolucja ma wielkie plany, jest szybka, dużo zmienia, ale nie jest trwała i zapał energia szybko się wypala. 

Ewolucja to stopniowe zmiany, adaptacja. Pytanie czy ewolucja dąży do czegoś czy tylko się dostosowuje mając nadrzędny cel - przetrwanie. Ale nie traktujmy tej analogii zbyt dosłownie. Chodzi o taką ukierunkowaną na horyzont ewolucję, czyli dążenie w określonym kierunku. Planować (stawiać cele) mogę tylko do horyzontu, a dalej muszę zobaczyć. Siedząc w miejscu nie zobaczę, także najważniejsze jest działanie w określonym kierunku, mniej istotne jest jak do tego horyzontu się dojdzie (byle by ekologicznie). Czyli plan jest dobry na początek, a potem trzeba go weryfikować, dostosowywać. Jak mawiał Eisenhower, planowanie jest nieodzowne, plany są mniej ważne.

Jak argumentuję swoje obecne podejście do zarządzania czasu?

Zniechęcony kiedyś cotygodniowym planowaniem (teraz myślę że z powodu nieodpowiednich warunków w jakich to wykonywałem, które mnie stymulowały pozytywnie, nie dawały mi satysfakcji) mam postanowienie, że do tego wracam w nowej odsłonie.

Teraz najważniejsze wydaje mi się stawianie celów w perspektywnie średnioterminowej (6 miesięcy) mając na uwadzę cele (a może raczej kierunki) długoterminowe.  Najważniejsze jest by stale wytwarzać

WIARĘ

w powodzenie zamierzeń, i dlatego tym bardziej potrzebuję stawiać sobie cele, żeby mieć

W CO WIERZYĆ.

Brak komentarzy: